Najnowsze posty

Mydła naturalne w kostce to jeden z tych produktów, które zawsze goszczą w moim domu. Przy ich wyborze kieruje się przede wszystkim składem, choć nie ukrywam, że lubię także gdy ładnie i przyjemnie pachną. Kostki są ekonomiczne, starczają na bardzo długo. 


Z kostek które stosowałam to "pył bursztynowy", "czarnuszka", "konopie i mikropeelingiem". Najbardziej urocze jest mydło, w które wtopione są dość spore kryształki prawdziwego bursztynu. Prezentuje się to naprawdę wspaniale. Mydło to cudownie nawilża suchą skórę dłoni, podczas mycia wyczuwam emulsję, która dosłownie otula dłonie. 


Ciekawostką jest to, że mydło to zawiera bursztynowy pył, który ma działać jak naturalny peeling. Osobiście nie zauważyłam takiego działania. 
Producent opisuje, że:
"bursztyn jest naturalnym antyoksydantem, hamuje procesy starzenia się skóry, przyspiesza odnowę komórkową. Ma  silne działanie regeneracyjne – ważna sprawa dla trochę starszych Dziewczyn z dojrzałą skórą. Taka cera jest wymagająca i nie interesują jej łatwe rozwiązania. Wie, że potrzebuje naprawdę bogatej mieszanki – dlatego bursztyn doskonale ją wygładzi i rozświetli."


Nie zawierają konserwantów, chemicznych utwardzaczy, wybielaczy, środków pieniących. Wszystkie te mydła przygotowywane są z naturalnych składników, olejków eterycznych (niektóre wzbogacane są kosmetycznym aromatem). 



Wszystkie te mydła zasługują na olbrzymią uwagę gdyż wykazują fantastyczne, nawilżające działanie, nie podrażniają, nie uczulają. Podczas używania zachowują cały czas swój kształt, nie kruszą się, nie "ciapciają" się, nie muszą długo schnąć. Po prostu są idealne. Cena także jest bardzo korzystna - 14 zł kostka. 

Polecam i odsyłam na stronę producenta gdzie jest bardzo bogata oferta tych cudownych kostek myjących:


Ostatnio skończył mi się płyn do demakijażu i potrzebowałam czegoś na już więc czym prędzej udałam się do apteki gdzie kupiłam łagodzący olejek do demakijażu marki Vianek. Śliczne opakowanie i naturalny skład sprawiły, że nie musiałam się długo zastanawiać. Czy zakup okazał się strzałem w dziesiątkę czy wręcz przeciwnie dowiecie się za chwilkę.



Opis producenta:
Wyjątkowy, niezwykle delikatny preparat do demakijażu oczu, twarzy i ust, którego bazę stanowią naturalne oleje roślinne, m.in. z pestek winogron, słonecznikowy i kokosowy oraz dogłębnie oczyszczający olej rycynowy. Rumianek lekarski, zmacerowany w olejach, to źródło związków o właściwościach przeciwalergicznych i silnie regenerujących, dzięki czemu olejek łagodzi także wszelkie podrażnienia i koi skórę m.in. w okolicach oczu i powiek. Po zastosowaniu pozostawia skórę oczyszczoną, nawilżoną i ukojoną.

Moja opinia:
Olejek bardzo skutecznie usuwa makijaż, jednak niemiłosiernie podrażnia oczy, które po demakijażu strasznie pieką, łzawią i są zaczerwienione. Stan taki utrzymuje się bardzo długo, nawet po płukaniu oczu czystą wodą. Nie jestem z tego produktu zadowolona. Nie wiem, jak sprawdza się u innych, ale dla moich wrażliwych oczu ten kosmetyk zupełnie się nie nadaje. 

Nie polecam!

Cena: ok 21 zł
pojemność: 150 ml

Składniki:
Vitis Vinifera Seed Oil, Helianthus Annus Seed Oil, Coco-caprylate, Ricinus Communis Seed Oil, Lecithin, Cocos Nucifera Oil, Tocopheryl Acetate, Chamomila Recutita Extract, Pelargonium Graveolens Oil, Parfum, Geraniol.
Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam gdy po kąpieli całe moje ciało pięknie pachnie i no nie tylko krótko po, ale gdy ta woń unosi się w sypialni. Od dobrych kilku miesięcy całkowicie odstawiłam balsamy do ciała i postawiłam na olejki naturalne marki Vianek. Do tej pory przetestowałam chyba wszystkie zapachy, które różnią się według producenta swoim działaniem i właściwościami. 


Olejek umieszczony jest w plastikowej, dość poręcznej butelce z aplikatorem, który podczas użycia ma tendencje do "psikania" dookoła.
To co uderza zaraz po otwarciu butelki to zapach: obłędny, kuszący, owocowy, gdzie po chwili wyczuć można rozgrzewającą nutę cynamonu. Olejek aplikuje zaraz po kąpieli na jeszcze mokrą skórę. Chwilkę rozprowadzam po całym ciele i gotowe - osuszam ręcznikiem, bez spłukiwania. Jak dla mnie to jest rewelacyjna i przede wszystkim super szybka metoda nawilżania całego ciała. Dodatkowo skóra po aplikacji nie jest wcale tłusta, ani klejąca, za to pięknie pachnie i jest doskonale nawilżona.


Wciąż ciekawa innych zapachów - kupiłam wszystkie jakie są dostępne na rynku i mimo, iż producent obiecuje, iż każdy z nich charakteryzuje się innym działaniem to ja prócz zapachu nie widziałam żadnych różnic między nimi. Także nie wierzcie w obietnice o cudownym ujędrnianiu.
Opis producenta:
Silnie nawilżający olejek do ciała, przeznaczony do intensywnej pielęgnacji i profilaktyki antycellulitowej. Dzięki zawartości oleju z wiesiołka i lecytyny regeneruje skórę, zwiększa jej napięcie i elastyczność, sprawiając, że jest miękka i jedwabiście gładka w dotyku. Olejek eteryczny z kory cynamonu ujędrnia, a w połączeniu z owocowym aromatem, dodaje ciału wigoru. Przy systematycznym stosowaniu skóra pozostaje w dobrej kondycji i jest odporna na szkodliwe czynniki zewnętrzne. 

Olejek posiada bardzo dobry skład:
Olej sojowy, 
Olej z wiesiołka, 
Olej z pestek winogron, 
Witamina E, 
Lecytyna, 
Olejek z kory cynamonu.


Cena za 200 ml to koszt ok. 35 zł. Ja kupuję je w mojej aptece i tym samym zaoszczędzam na kosztach wysyłki. 
Bardzo polecam te olejki do codziennej pielęgnacji za nawilżanie i zapach. Jeżeli liczycie na także inne właściwości to się rozczarujecie.
Bardzo lubię w codziennej pielęgnacji używać dla podkręcenia mocy, serumy przeciwzmarszczkowe. Wierzę, że posiadają znacznie bardziej skoncentrowane składniki odżywcze, które silniej wpływają na stan naszej skóry. Póki co nie mam jednego ulubionego serum, po prostu używam jeden tak długo, aż się skończy po czym rozpoczynam nowy. Za każdym razem liczę na wielki efekt wow, ale jak to wiadomo różnie to bywa.
Dzisiaj przedstawię Wam intensywne serum Helixium na bazie śluzu ślimaka.  O tym zaskakującym składniku pisałam już wcześniej, podczas recenzji roll-nu tej samej marki - klik


Serum wizualnie prezentuje się bardzo ładnie i bogato. Zamknięte jest w szklanej, zgrabnej buteleczce z wygodnym szklanym aplikatorem. 
Kosmetyk ten posiada dość wodnistą, ale nie klarowną konsystencję. Zapach praktycznie niewyczuwalny, można wręcz powiedzieć, że serum jest bezwonne.



To co uderza podczas aplikacji tego serum to efekt liftingu. Po nałożeniu błyskawicznie napina i wygładza skórę twarzy. Uczucie to jest nie tylko widoczne, ale mocno też odczuwalne. Jest to fantastyczne podczas "wielkich wyjść" bo efekt w moim przypadku jest na prawdę WOW
Niestety nie jest to efekt bardzo trwały. Występuje tylko w chwili gdy serum jest na twarzy. Z efektów długotrwałych to skóra staje się wyraźnie bardziej miękka i zauważyłam, że lekkie plamy potrądzikowe stały się jaśniejsze.

Cena regularana tego produktu to aż 165 zł, ale właśnie trwa na niego promocja i można go nabyć już za 140 zł.
Do kupienia w sklepie Erato-organic - klik




Uwielbiam kąpiele i mogę w wannie spędzać na prawdę wiele godzin. Czas ten umilają mi świece, kadzidła i ciach muzyka. Mimo, że zbyt długie leżenie w ciepłej wodzie nie jest zbyt korzystne gdyż może to naruszać barierę ochronną skóry oraz rozszerzać pękające naczynia krwionośne. Jednak nic tak mnie nie relaksuje a także usuwa całodzienne zmęczenie jak wieczorna kąpiel. Dlatego gdyotrzymałam zestaw produktów INITIALE PROBIOTICA do testów to byłam bardzo zadowolona. 




Pudry te są zapakowane małe kartoniki z wyraźnymi instrukcjami i opisem produktu. Producent zapewnia , że jedno opakowanie wystarcza, aż na 3 kąpiele. To co urzeka zaraz po otwarciu to zapach. Jest boski i unosi się w całej łazience. Niestety jest on wynikiem efektem umieszczonych aromatów - nie koniecznie naturalnych, jak np. hexyl cinnamal - który imituje jaśmin.

Po wsypaniu pudru do wanny, nie pieni się on wcale. Woda automatycznie staje się mlecznego koloru i jest złudzenie jakby się kąpało w mleku niczym Kleopatra.




Między jednym pudrem, a drugim, prócz zapachu nie zauważyłam żadnych różnic w działaniu.  Oba według mnie wykazywały takie samo działanie, tzn. skóra stawała się bardziej gładsza w dotyku. Sądzę, że aby zauważyć wyraźniejsze efekty to potrzeba czasu. Nie ma się co łudzić, że po jednej kąpieli nasze ciało stanie się jedwabiste w dotyku.



Jednak jest jeden minus, który  spędzał mi sen z powiek. Chodzi o zawarty w pudrze dwutlenek tytanu. Wiem, że opinie na jego temat są podzielone. Jednak jak coś wzbudza tyle wątpliwości to według mnie jest coś na rzeczy.
Troszkę o dwutlenku tytanu poczytacie tutaj - klik

Wybór pozostawiam Wam.

Cena jednej saszetki to 17,90 zł
 
Opis producenta:

Bazą naszych Prebiotycznych Pudrów do kąpieli jest NATURALNA GLINKA (PROBIO PUDER). ProBio Puder absorbuje zanieczyszczenia, a tym samym aktywuje pożyteczną mikroflorę skóry, łagodzi podrażnienia, reguluje pH skóry i działa przeciwutleniająco. Bogaty w sole mineralne i mikroelementy sprawia, że kąpiel nabiera właściwości nie tylko pielęgnacyjnych, ale także zdrowotnych.
Luksusowy Prebiotyczny Puder do kąpieli to ukojenie dla ciała i ducha. 
Widocznym efektem już po pierwszym użyciu jest odżywiona,
gładka i długotrwale miękka skóra.

Linia INITIALE PROBIOTICA™:
  • wyroby w pełni naturalne;
  • perfekcyjnie dobrane i wyselekcjonowane z najczystszych ekologicznie terenów, certyfikowane składniki aktywne.
  • technologie przygotowania opracowane w taki sposób, by wydobyć z roślin to, co najlepsze i ochronić składniki aktywne przed utlenianiem;
  • bez parabenów, wolne od GMO i SLS
  • skład w pełni biodegradowalny – korzyści dla człowieka w ścisłym związku z ochroną środowiska.
 Więcej o pudrach INITIALE PROBIOTICA możecie poczytać tutaj: klik

Bóle mięśni, ścięgien czy stawów to bardzo częsta przypadłość nie tylko ludzi starszych. Drobne kontuzje czy nadwyrężenia mięśni zdarzają się ludziom bardzo młodym i aktywnym, którzy uprawiają sport. Nie ma tygodnia aby mój syn nie żalił się na bóle kostki, łydek czy nadgarstów po intensywnym treningu czy meczu. Wtedy sięgam po olej z dziurawca, który nie tylko działa przeciwbólowo, ale także rozluźniająco i przeciwzapalnie.




Opis producenta:
Dziurawiec to prawdziwe panacum zarówno na problemy skórne jak i bóle pochodzenia reumatycznego, kręgosłupa, lumbago czy nadwyrężenia mięśni. Jego przeciwobrzękowe działanie pomocne jest przy zapaleniu żył, wylewach podskórnych i krwiakach.

Właściwości maceratu z dziurawca:

  • wyraźnie rozluźnia napięte mięśnie (np. rąk przy pracach wysiłkowych, łydek po całodniowym chodzeniu na wysokich obcasach, odcinek krzyżowo lędźwiowy po całym dniu pracy stojącej itp)
  • przynosi ulgę maluszkom podczas kolek niemowlęcych
  • uspokaja bóle reumatyczne
  • przyśpiesza gojenie wylewów podskórnych
  • regeneruje tkanki
  • pomocny przy skurczach mięśniowych
  • używany przy "łokciu tenisisty"
  • łagodzi oparzenia
  • przynosi ulgę swędzącej skórze
  • zmniejsza obrzęki przy zapaleniu żył
Dziurawiec, kiedyś szeroko stosowany w medycynie ludowej, teraz wraca do łask, dzięki swojemu szerokiemu zastosowaniu.
Ponieważ wzmaga wrażliwość na słońce, nie należy po użyciu oleju narażać skóry na działanie promieni słonecznych (dotyczy to również solarium)
Dzięki zawartości hyperycyny (czerwony barwnik) dziurawiec ma działanie antydepresyjne. Olejek ma intensywny czerwony kolor i przyjemny delikatny ziołowy zapach.
Atomizer ułatwia aplikację przy masażu.
INCI: HYPERICUM PERFORATUM OIL, KELIANTUS ANNUS SEED OIL

Moja opinia:

Macerat z dziurawca zamknięty jest w  szklanej, ciemnej buteleczce z wygodnym atomizerem. Ja stosuję go tylko zewnętrznie do nacierania lędźwi i kolan, zaś syn po treningu spryskuje nim łydki.
Siłę i moc ziół znam od dawna, ale wiem, że ich skuteczność polega na długotrwałym stosowaniu. Macerat zaskoczył mnie szybkością działania. Oczywiście nie działa on błyskawicznie, ale gdy ból nie jest zbyt silny to po kilkunastu minutach można odczuć wyraźną ulgę. Z uwagi na jego oleistą konsystencję podczas aplikacji warto wykonać delikatny masaż aż do momentu wchłonięcia. 
Delikatnie różowy kolor macerat zawdzięcza hiperycynie, czyli flawonoidowi który wykazuje działanie przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne, przeciwzapalne i przeciwdepresyjne. Poprawia nastrój, polepsza kojarzenie i koncentrację. 
Na pewno jest to produkt, który na stale zagości w moim domu.

Macerat jest w 100% naturalny dlatego też może być stosowany wewnętrznie - gdzie korzystnie wpływa w leczeniu niestrawności i bólów brzucha. Działa on również jako środek rozkurczowy na mięśnie gładkie układu trawiennego i na drogi żółciowe* Niestety do tej pory nie stosowałam go w ten sposób i nie mogę potwierdzić tego działania.


Po stosowaniu tego specyfiku doszłam do wniosku, że przecież taki macerat mogę zrobić sama. Poszukałam i znalazłam przepis na stronie Klaudyny Hebdy - klik

Poniżej przekopiowałam Jej przepis, który planuje zrobić w tym roku.

Macerat z dziurawca:

  • świeże kwiaty, pączki i liście dziurawca (najwięcej barwnika mają kwiaty i liście)
  • olej do zalania: najlepiej migdałowy lub słonecznikowy, może być oliwa. Jeśli nie macie (ja nie miałam na wsi), zalejcie czymkolwiek (u mnie rzepakowy, bo tylko taki jest w sklepie): lepiej mieć na oleju rzepakowym, niż nie mieć wcale:)
  • czysty słoiczek.
Do słoiczka wkładamy kwiaty, pączki, liście – im więcej tym lepiej.
Zalewamy olejem – tak,żeby całe kwiaty były zalane – zakręcamy. Stawiamy w ciepłym, słonecznym miejscu (pisząc słonecznym, mam na myśli pełne słońce). Co jakiś czas, potrząsamy słoiczkiem (raz na 2 dni będzie ok, można częściej). Sprawdzamy, czy rośliny są przykryte, jeśli trzeba, dolewamy oleju.
Po 2 – 3 tygodniach, a w tych upałach myślę, że szybciej, macerat nabierze intensywnej, czerwonej barwy.
Przecedzamy go wtedy, przelewamy do czystego słoiczka, podpisujemy i przechowujemy w chłodnym, ciemnym miejscu.
Prawidłowo przechowywany ma trwałość około 12 miesięcy
źródło: http://klaudynahebda.pl/dziurawiec-macerat/)

Macerat z dziurawca kupicie w sklepie SHAMASA - klik
w cenie 33 zł za 100 ml
  



Troszkę o dziurawcu:

Dziurawiec zwyczajny popularnie jest zwany ziołem św. Jana, ponieważ w pełni rozkwita zazwyczaj ok. 24 czerwca. Jego działanie znane już było w starożytności, gdzie przypisywano mu znaczenie magiczne i mistyczne. Nacierali się  nim gladiatorzy i zapaśnicy, bo czynił ich, jak wierzono, niewyczerpanymi. W starożytnym Izraelu dziurawiec dawał siły jego mieszkańcom, aby chronić się przed nienawiścią i gwałtem: „nie pozwalał innym nas zniewalać fizycznie i duchowo" pozwalał natomiast chronić tradycje narodowe pod panowaniem wroga.

Nazwa łacińska Hypericum pochodzi od greckiego „ hyper ” – ponad oraz „ icum ” – obraz. Wynikało to ze starej tradycji wieszania dziurawca nad obrazami bogów i tym samym oddalania złych mocy. Dioskurides wymieniał w swoich pracach cztery rodzaje dziurawca i opisał jego lecznicze działanie i wskazania. A potem było ponad 1000 lat zapomnienia i dopiero w średniowieczu, w XII wieku, o dziurawcu wspomina Hildegarda z Bingen. Wiele miejsca później poświęcił mu Paracelsus. W swojej pracy z 1525 roku pisze: „Bóg włożył w to zioło wielkie arkana”. Stosował go w,,szaleńczych fantazjach”. Nazywa go „zielem na nerwy”, „jasnością dla duszy”. Podkreśla jego skuteczność w leczeniu ran. Potem dziurawcem interesował się znany botanik Hieronim Boch. W swym „Zielniku” pisze: „Nacierać zielem z dziurawca członki dwa razy dziennie, a drżenie ustąpi”; „olej z dziurawca na świeże rany nanieść; rany się zabliźniają” Na Rusi uważano dziurawiec za ziele leczące 99 schorzeń. Na rozkaz cara Michała zbierano dziurawiec na Syberii, suszono go, rozcierano na mączkę i wysyłano do Moskwy. Kazachowie nazywali dziurawiec „dżerabaj" czyli lekarz ran. Potem znów dziurawiec popadł w zapomnienie aż do lat 30-tych XX wieku, gdy wyizolowano z niego hiperycynę. Od lat 90-tych XX wieku dziurawiec przeżywa renesans.*
*źródło: http://www.czytelniamedyczna.pl