Najnowsze posty

Wiosną kiedy jesteśmy znudzeni codzienną szarością, warto sięgnąć bo bardziej świeże, energetyczne szminki do ust. W tym roku postanowiłam postawić na zupełnie inny niż dotychczas makijaż wybierając pastelowy róż od Couleur Carmel.


Wybór padł na markę Couleur Carmel  już po raz drugi. Wcześniej opisywałam na blogu pomadkę matową - różowy beż - klik i byłam z niej bardzo zadowolona. 

Aby nie powielać wcześniejszego wpisu, gdyż jakość szminek jest identyczna i różnią się tylko kolorem pokażę Wam same zdjęcia.





Szminkę kupicie w sklepie Couleur Carmel  klik 
w cenie 56, 50 lub o 10% taniej gdyż obecnie z okazji Dnia Matki w sklepie trwa promocja i warto z niej skorzystać.


Moje usta z natury są dość małe i wąskie - zupełnie na dzisiejsze czasy nie modne ;) ale uważam, że tak mnie stworzyła natura i sztuczne ich pompowanie nie wchodzi w grę. Lubię na co dzień malować je delikatnymi szminkami a jeszcze bardziej błyszczykami. Z reguły stawiam na delikatne róże i beże. Moim zdaniem błyszczyki dzięki temu, że pozostawiają na ustach piękny połysk, to optycznie je powiększają i sprawiają, że wydają się one bardziej pełne. Dzisiaj opiszę mój ulubiony błyszczyk, który jest ze mną ... ho, ho a może i dłużej - English Rose marki Lily Lolo.


Wielką zaletą tego błyszczyka, jest to, że nie klei się, nie waży i nie zbiera się w załamaniach. Doskonale też nawilża usta, czuć, że ma działanie nie tylko upiększające, ale także pielęgnacyjne.
Po systematycznym stosowaniu błyszczyka, wyraźnie można poczuć jego dobroczynne działanie na usta, szczególnie gdy były suche i spierzchnięte.


To co mnie jeszcze cieszy, to oczywiście brak drobinek,oraz to, że skład tego błyszczyka jest bezpieczny i zdrowy. 
Co do smaku i zapachu,  ... , no cóż producent zapewnia nas o smakowitym posmaku czekolady :) ja żadnej czekolady tam nie czuję, ani w smaku, ani też w zapachu.


Jak widać, na ustach kolor jest praktycznie niewidoczny

Co do składników, to na pierwszym planie jest olejek rycynowy, który  znany jest ze swoich właściwości przeciwzapalnych, odżywczych  i pielęgnacyjnych przez co doskonale natłuszcza usta i zapewnia im długotrwałe nawilżenie.
W składzie znajdziemy też: wosk pszczeli, olejek jojoba, wosk candelilla, wosk kopernicjowy, mikę, witaminę E.

Bardzo polecam ten błyszczyk - możecie śmiało zaryzykować  i bez obaw dla zdrowia, po prostu go zjadać w ciągu dnia ;) 
Cena regularna to 48, 50 zł 
do kupienia w sklepie Costasy: klik



Pierwsze taki połączenie: maseczki i peelingu jakie miałam. Super pomysł  za tak dużą funkcjonalność produktu, który nie tylko oszczędza czas, ale świetnie działa na skórę. Produkt kupiłam w lokalnej aptece - ot tak z ciekawości. Stałam w kolejce, spojrzałam na półkę i już. Bez żadnego zastanowienia -  a o tym, że kosmetyk ten jest zarówno maseczką jak i peelingiem przeczytałam w domu :)


Maseczka zawiera w składzie zmielone pestki malin, które są jednak bardzo mocno wyczuwalne.  Masaż twarzy wykonuję bardzo, ale to bardzo delikatnie, aby nie podrażnić skóry. "Drobinki" mają delikatnie ścierać wierzchnie warstwy naskórka, wygładzić i ujednolicić koloryt. Nie do końca jestem przekonana do tak silnych zdzieraków do twarzy. Boję się zbyt mocno pocierać a tym samym podrażniać skórę. Dlatego produkt ten stosuję głownie jako maseczkę. Nakładam ją na wilgotną skórę twarzy, delikatnie masuje (bardzo delikatnie) i pozostawiam na 10 minut. Po tym czasie zmywam twarz lenią wodą. Skóra faktycznie staje się gładka i odżywiona z lekko tłustym filmem. 
Maseczka z uwagi na znajdujące się w składzie oleje z nasion lnu, pestek malin i truskawek oraz masło shea i awokado jest po prostu tłusta. Dlatego doszłam do wniosku , że chyba lepiej nałożyć sobie na twarz same oleje niż męczyć się z tymi nieszczęsnymi pestkami.
Maseczka nie jest zła, ale szału nie ma. Nie powaliła mnie na kolana, aby kupić ją ponownie.


Cena ok. 20 zł
Pielęgnacja w zgodzie z naturą to jest to co uwielbiam. Podczas zabiegów, które wykonuje sama u siebie w domu czuję zawsze jakby przypływ nowej energii, sił witalnych oraz błogi relaks. Zamykam się w swojej łazience (komfort posiadania trzech łazienek w domu jest rewelacyjny) i śmiało mogę poczuć się jak w najdroższym spa. Czegóż mi więcej trzeba prócz świec, kadzideł, relaksującej muzyki? Naturalnych kosmetyków, które sprawią, że moje ciało będzie mogło się doskonale zregenerować. Niektóre firmy po prostu wiedzą, gdzie są moje słabe punkty i trafiają w samo sedno. Dlatego też, gdy tylko otrzymałam propozycję przetestowania błotka zgodziłam się od razu.

Błoto jest pakowane w zgrabne paczuszki. Każda saszetka jest miękka w dotyku i wyraźnie czuć że skrywa w środku miękkie błoto. Przed użyciem producent zaleca ugniatanie saszetki przez minutkę. Podczas pierwszej aplikacji troszkę się bałam reakcji mojej skóry. Niestety bywa kapryśna i dość często odwdzięcza mi się podrażnieniem i pieczeniem. Gdy nałożyłam błoto na twarz nie czułam żadnego dyskomfortu, jednak relaks mój był mocno zakłócony gdyż leżałam w wannie i czekałam kiedy zaczną się jakieś sensacje. Moje obawy były bezpodstawne. Cera po zmyciu błota ciepłą wodą była oczyszczona i gładka. Kolejne seanse sprawiły mi znacznie większą radość i relaks. 


ZALETY:
  • doskonale nawilża i oczyszcza skórę
  • drobne niedoskonałości znikają
  • lekko wygładza  
  • rozjaśnia przebarwienia
  • reguluje wydzielanie sebum
  • i ponoć powstrzymuje proces starzenia - mam wielką nadziej, że tak właśnie jest
  • wygodne saszetki


WADY:
  • błotko niestety mocno brudzi, szczególnie dłonie i paznokcie - jednak zawsze można użyć rękawiczek i to jest chyba najlepsze rozwiązanie. 
  • Zapach 
  • bałagan w łazience ;)


Opis producenta:

Błoto iłowo – mineralne MudSpa to wytwór natury w czystej postaci, nie poddany obróbce fizycznej i chemicznej, bez konserwantów. Skład tego błota w pełni odpowiada zapotrzebowaniom człowieka, nie naruszając naturalnej flory bakteryjnej.
Koncentrat substancji biologicznie czynnych pochodzenia naturalnego: pielęgnacja w zgodzie z naturą. Produkt o cechach silnie regenerujących i liftingujących skórę i tkankę podskórną. Wpływa stymulująco na mięśnie twarzy, regeneruje układ kostny.
Tworzy w skórze silną barierę antyodwodnieniową, przeciwsłoneczną i mrozoodporną. Zapewnia ochronę antybakteryjną.
Posiada właściwości stabilizujące poziom hormonów oraz gospodarkę lipidowo – zasadową naskórka. Jest niespotykanym wsparciem w codziennej pielęgnacji Twojej skóry.


Błotko pakowane jest w zgrabne saszetki, które wystarczają na kilka aplikacji. Czarny kolor maseczki dość mocno brudzi nie tylko twarz i dłonie, ale też wszystko wokół :) podczas spłukiwania cała umywalka jest mega brudna. Może ja jestem jakaś ciapowata, ale po użyciu maseczki mycie łazienki mam gwarantowane. Kolejna sprawa to zapach - no cóż nie należy on do najprzyjemniejszych. Przypomina mi przykrą woń która wydobywa się niekiedy z rur.
Z uwagi na konieczność sprzątania po użyciu błota stosuje je zawsze w piątek wieczorem. 
Wiem, wiem.... tak na prawdę są to rzeczy drugoplanowe, bo najważniejsze jak działa błoto na skórę, a działa co by nie powiedzieć fenomenalnie.
Już po jednym seansie skóra twarzy jest idealnie gładka, cudowna w dotyku i  doskonale nawilżona. Z każdą kolejną aplikacją twarz zyskuje blasku i znikają drobne przebarwienia.  Cera staje się jakby młodsza i to rekompensuje wszystkie inne niedogodności z tą maseczką.
Konsystencja błota jest bardzo przyjemna i od razu gotowa do użycia. W dotyku można wyczuć mikroskopijne granulki, które podczas zmywania delikatnie peelingują twarz. Struktura przypomina gładką pastę z drobniutkimi ziarenkami piasku, pyłu.
Cieszy mnie to, że błoto w ogóle nie uczula, nie piecze i nie wywołuje podrażnienia. Podczas aplikacji trzeba tylko pilnować, aby błoto nie wyschło w tym celu wykorzystuje mały zraszacz do roślin, który służy tylko do celów kosmetycznych.  

Składniki: Błoto to czysta natura w najlepszej postaci, bez obróbki fizycznej i chemicznej, bez konserwantów. Skład tego błota w pełni odpowiada zapotrzebowaniom człowieka, nie naruszając naturalnej flory bakteryjnej.

Ciekawostka: stosując tylko połowę saszetki PureMud aplikujesz dzienną dawkę zapotrzebowania na magnez.



Cena:
Początkowo sądziłam, że cena błota jest bardzo wysoka,  bo 10 saszetek to wydatek aż 180 zł, ale ...
saszetki można kupić na sztuki a jedna wystarcza aż na cztery aplikacje (tylko twarzy), zatem jedno użycie to koszt niecałych  5 złotych.  Wybór zależy od Was, ale myślę, że warto skusić się na jedną saszetkę i ją wypróbować. 

Błoto kupicie tutaj - klik 
Kocham wszystko co różane, dlatego w ciemno sięgnęłam po żel pod prysznic marki Born to bio. Na samym początku zdziwiła mnie konsystencja, gdyż w opisie wyraźnie jest zaznaczone: "... kremowy żel pod prysznic o łagodnym działaniu i bogatym aromacie."niestety z kremową konsystencją nie ma nic wspólnego.



Opakowanie śliczne, cieszy oko, ale to tyle. Potwierdza się reguła, że ładna miska jeść nie daje. Zapach przyjemny, świeży, różany. Żel słabo się pieni, można powiedzieć, że wcale. Działania nawilżającego nie zauważyłam. Skóra po kąpieli pilnie potrzebuje nawilżenia. 

Zupełnie zaskoczył mnie skład tego żelu, ponieważ producent chwali się certyfikatem BIO, a w składzie przykre niespodzianki.




Cena ok 20 zł za 300 ml.
Na pewno więcej już po niego nie sięgnę. 
W swojej "karierze" wypróbowałam już kilka naturalnych eyelinerów. Niestety ich trwałość była bardzo krótka, to też w ogóle nie pisałam o nich na blogu. Wśród testowanych miałam takie marki jak Lavera (najgorsza - znika i rozmazuje się), Sante (ciut lepiej, ale wciąż trwałość kilka godzin) i ZAO ( jakoś też nie najlepsza, na powiece jest bardzo krótko, po czym znika - klik )



Przy wyborze eyelinera  priorytetem dla mnie jest naturalny skład i trwałość. Już nawet intensywność czerni nie jest, aż tak istotna. Kreska dla mnie jest bardzo ważna, bez niej oko wydaje mi się mniejsze, bez wyrazu. Po prostu kocham kreski i zawsze je mam na oku. Może moje kreski nie są jak z obrazka, ale są i dodają mojemu spojrzeniu głębi.
Podczas ostatnich poszukiwań nowej marki natknęłam się na sklep Couleur Carmel - gdzie kupiłam także naturalną szminkę o której pisałam tutaj - klik



Moja opinia na temat eyelinera
To co spodobało mi się od razu, to pędzelek - idealnie gładki (nie miotełka), długi i bardzo łatwy do obsługi. Nie trzeba być specjalistą aby zrobić ładną, cienką kreskę. Oczywiście o cudnej jaskółce się nie wypowiadam, bo choć mocno mi się one podobają, to kiepsko mi wychodzą. 
Jak ja mówię Wam, że eyeliner jest dobry i trwały to tak jest, i już!!! Dlaczego, bo niestety z wiekiem moje powieki strasznie opadają i po prostu w ciągu dnia kreski się odbijają, wycierają i znikają. Kreski w wykonaniu Couleur Caramel są na prawdę bardzo trwałe i wytrzymują calutki dzień. Podczas aplikacji tusz zasycha dość długo. Tutaj potrzebna jest cierpliwość na około 3 minuty. Czerń jest bardzo mocna i wyraźna. 
Kolejna ważna rzecz, nawet gdy coś pójdzie nie tak i kreskę narysuję zbyt blisko worka spojówkowego nic, ale to nic mnie nie szczypie. Wspominam o tym, gdyż poprzednie eyelinery niestety miały taką tendencję. 

ZALETY:
trwałość cały dzień
nie kruszy się i nie rozmazuje
nie szczypie w oczy
łatwość aplikacji
głęboka czerń
mocna pigmentacja
naturalne składniki


WADY:
na dzień dzisiejszy nie zaobserwowałam żadnych wad.
EFEKT:
Poniżej zdjęcie samego eyelinera. Powieka jak widać na zdjęciach jest mocno opadająca i mimo to przy takiej już "urodzie" kreska trzyma się calutki dzień - brawo! Co do samej kreski to może nie jest idealna, ale właśnie taką umiem malować ;)
Jak widać wcale nie przesadzam z moją opadającą powieką.

Składniki:

98 % naturalne składniki, 1,1 % aktywnych składników:

  • żywica akacjowa: pozwala na stabilizację i utrwalenie kreski  na oku
  • masło shea: nawilża, rewitalizuje i regeneruje skórę, bogate w witaminy A, E i F
  • gliceryna: nawilża i zwiększa szybkość regeneracji skóry


Cena 66 zł
Eyeliner kupicie tutaj - klik